Marzena i Wojciech Tyborscy

Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem..” (Koh 3,1)

Patrzę na nasze życie z perspektywy kompletnie niespodziewanej, bo nikt nie przewiduje, że dotknie go ciężka choroba, ale też takie doświadczenie jest mocnym uświadomieniem sobie kruchości własnego życia.

Moim kochanym mężem i to już od 25 lat jest Wojciech. Jeśli mogę Bogu za coś dziękować nieustannie, to za to, że w ogóle kiedyś go spotkałam i że taki człowiek został moim mężem, a potem także dobrym ojcem dla naszych 2 synów. Tym, co cenię w moim mężu, jest to, jakim jest człowiekiem i jak zupełnie inny jest ode mnie: spokojny, poukładany, czasami to jak ogień i woda, ale taka różnica między nami okazała się dobra.

Przełom roku 2013 i rok 2014 okazał się bardzo trudnym czasem dla nas, bo zachorowaliśmy oboje, chociaż w różnym czasie. Gdy mąż dowiedział się, że ma złośliwy nowotwór- to brzmiało prawie jak wyrok. Zawierzyliśmy wtedy tym bardziej Panu Bogu, zaczęliśmy od wyjazdu do Różanegostoku i Sokółki oraz rozmowy z Siostrami karmelitankami, na które mogliśmy liczyć przez cały czas naszych chorób i leczenia. Potem była operacja, która trwała 12 godzin, czas pooperacyjny i 6-tygodniowy czas radioterapii. Mąż miał niezwykłe szczęście do lekarzy, na których trafił, mogę tylko Bogu dziękować, że na swojej drodze leczenia spotkał tak dobrych lekarzy: i jako lekarzy, i jako ludzi. Cały czas wiedzieliśmy też, że mieliśmy wsparcie znajomych, kolegów i koleżanek z pracy, rodziny. Gdy wydawało się, że już będzie dobrze, ja ciężko zachorowałam, bo przeszłam udar i początkowe rokowania lekarzy nie były dobre. Do dziś pamiętam, jak dzień przed wyjściem ze szpitala, gdzie teraz zamieniliśmy się rolami, bo tym wspierającym, będącym cały czas i modlącym się za mnie był mój mąż – dowiedziałam się, że mąż ma dobre wyniki u onkologa. I jak tu nie powiedzieć za psalmistą: „Panie, mój Boże, do Ciebie wołałem, a tyś mnie uzdrowił” (Ps. 30,3). I przeżywszy tak trudne chwile i choroby, wyzdrowieliśmy To, co przeżyliśmy, jeszcze bardziej nas zbliżyło do Boga i do siebie.

W lipcu 2014 r. obchodziliśmy 25 rocznicę naszego ślubu i to u kochanych Sióstr karmelitanek przy ks. Jacku mogliśmy odnowić nasz ślub, a gdy Siostry składały nam potem życzenia, mogliśmy zatańczyć, bo wielka łaska nas spotkała, dlatego mogę Panu tylko mówić: „Biadania moje zmieniłeś mi w taniec; wór mój rozwiązałeś, opasałeś mnie radością, by moje serce nie milknąc, psalm Tobie śpiewało. Boże mój, Panie, będę Cię wysławiał na wieki” (Ps 30,12-13).

I w sumie historia ta ma ciąg dalszy, dobry dla nas: mąż ma kolejne już dobre wyniki i wrócił do pracy; ja także czuję się dobrze i do pracy wróciłam- od męża choroby minął rok i 9 miesięcy, u mnie- rok i 2 miesiące.. A na początku to wydawało się nam niemożliwe.

Niesamowite jest też zobaczenie „swojej” historii w tym, przez co przeszliśmy, w Psalmie 116, bo otarcie się o śmierć jest przejmującym doświadczeniem i dlatego Panu mogę śpiewać: „Oplotły mnie więzy śmierci, (…) Ale wezwałem imienia Pańskiego: O Panie, ratuj me życie (…) Uchronił bowiem moje życie od śmierci, moje oczy- od łez, moje nogi – od upadku”. Dlatego jak nie powtarzać za Psalmistą: „ Cóż oddam Panu za wszystko, co mi wyświadczył?" (Ps. 116)

Marzena

Jeśli któryś utwór poruszył Twoje serce - zapraszamy do podzielenia się świadectwem ...

Można je wysłać przy pomocy tego formularza
lub bezpośrednio, na adres: nadziejapielgrzymujaca@karmel.elk.pl.

 

Prosimy o zaznaczenie, czy wyrażasz zgodę na publikację świadectwa na tej stronie
- czy też ma pozostać tylko do naszej wiadomości.