Marta Tomalak-01

Mam na imię Małgorzata. Jestem szczęśliwą matką i żoną. Mam dwie wspaniałe córki Sarę i Martę. Bóg zawsze jest obecny w moim życiu i nie wyobrażam sobie, aby kiedykolwiek było inaczej. Rękę opatrzności Bożej mogę dostrzec w całym moim życiu oraz moich bliskich. Dzięki Bogu zbudowaliśmy dom i w nim osiadła nasza czteroosobowa rodzina. Wydawało się, że nic nie może zakłócić tej harmonii. W 2013/14 roku jesienią zaczęła się choroba mojej młodszej córki Martusi (wtedy 12 lat). Na początku było to niewinne przeziębienie, które rozwinęło zapalenie węzłów chłonnych. Rozpoczęły się hospitalizacje, aby wyjaśnić dlaczego węzły chłonne nadal się zmieniają, pomimo stosowanych kolejnych antybiotyków. Lekarze nie potrafili zdiagnozować przypadku córki więc dostaliśmy skierowanie na oddział onkologii i hematologii w Bydgoszczy. Wszyscy byliśmy przerażeni, co mogło oznaczać to skierowanie. Szczególnie Martusia wciąż pytała nas, co jej tak naprawdę jest. My nie potrafiliśmy odpowiedzi wiedzieć na to pytanie. Pod koniec października wykonano córce wiele badań, które miały wyjaśnić stan chorobowy córki. Niestety węzły chłonne nadal powiększały się, co bardzo niepokoiło nas rodziców. Córka przeszła kilka konsultacji profesorskich m.in. laryngologiczne.

Ostatecznie skierowano nas na chirurgię dziecięcą na pobranie węzłów chłonnych do badań histopatologii. 5 listopada 2013 roku Martusia została przygotowana do chirurgicznego pobrania. Zabieg trwał około 4 godzin i był przeprowadzony pod narkozą. Córce pobrano najbardziej zmieniony węzeł chłonny podżuchwowy. Rozpoczęło się czekanie na wyniki tego badania – 14 dni. Niepewność, co będzie powodowała w nas strach i przerażenie. Mogliśmy tylko czekać i modlić się. O modlitewne wsparcie zwróciłam się z mężem do sióstr Karmelitanek Bosych w Ełku. Wiele modlitw było kierowanych w intencji naszej córki o jej powrót do zdrowia. Chwilami ogarniała mnie bezsilność, że nic nie mogę zrobić. I to czekanie jak na wyrok… Wreszcie przyszły wyniki badania. Okazało się, że jest to bardzo silny stan zapalny węzłów chłonnych, jednak nie wiadomo z jakich przyczyn. Węzły nadal się zmieniały, powiększały. Wypisano nas z onkologii na koniec listopada sugerując, że musimy szukać gdzie indziej wyjaśnienia choroby Marty. Byłam bezsilna nie wiedziałam, co mamy dalej robić? Mąż zapytał lekarza prowadzącego, gdzie mamy według niego się udać. Skierowano nas do szpitala wojewódzkiego w Bydgoszczy na otolaryngologię. Gdy trafiliśmy do rejestracji okazało się, że wolny termin jest dopiero na koniec lutego 2013 roku. Pani zapytała, czy rejestrować. Nie mieliśmy wyjścia, przecież skończyły się limity w tym roku. Nagle pani zobaczyła dokumenty wypisu onkologii i wynik badania histopatologii. Zapytał, czy dojedziemy rano w najbliższy poniedziałek. Potwierdziliśmy, że tak więc zarejestrowała córkę na 7.00. Czekaliśmy do tego dnia w wielkim niepokoju. Cały czas pozostawaliśmy w kontakcie z Siostrami z Ełku. Modliły się one gorąco o zdrowie dla Martusi i w intencji naszej rodziny. Wreszcie nadszedł dzień wizyty w poradni otolaryngologii, celem wyjaśnienia stanu córki. Przyjął nas w gabinecie emerytowany lekarz były ordynator oddziału otolaryngologii szpitala wojewódzkiego.

Marta Tomalak-03

Lekarz bardzo wnikliwie przejrzał dokumentację medyczną córki. Zmartwiły go tak szybkie zmiany węzłów chłonnych. Pomimo końca listopada i braku limitów, powiedział, że mamy poczekać. Gdy skończy poradnię ustali z nami przyjęcie córki na otolaryngologię. Poczekaliśmy, a wtedy okazało się, że pan doktor już ustalił przyjęcie. Mogliśmy zostawić córkę do badań nawet od razu. Martusia chciała jednak wrócić do domu, ponieważ brała udział w sobotę w konkursie kuratoryjnym z języka polskiego. Lekarz zrozumiał pragnienie Marty, ale prosił abyśmy w poniedziałek przywieźli córkę. Tak zrobiliśmy. Natychmiast zaczęto szukać przyczyny choroby. W ciągu 3-ch dni wykonano tomografię komputerową z kontrastem i bez. Znów czekaliśmy na wyniki. Cały czas byłam na oddziale z córką. Starałam się ją wspierać, a gdy nie miałam siły zjeżdżałam windą na dolna kondygnację, gdzie mieściła się kaplica Matki Bożej Nieustającej pomocy. 6 grudnia przyszły na oddział wyniki. Okazało się, że córka ma nowotwór medycznie bardzo źle zlokalizowany. Lekarz prowadzący ordynator Józef Mierzwiński poinformował nas, postara się usunąć nowotwór. Przygotowano Martusię do długiej wielogodzinnej operacji. Modliło się wielu ludzi o pomyślny przebieg tej operacji. Po 5 godzinach operację zakończono, a ja wiedziałam, że nie usunięto nowotworu. Przerażała mnie myśl, że operacja się nie powiodła. Okropnie się denerwowałam czekając na ordynatora. Wreszcie zostałam poproszona do pokoju lekarskiego.

Ordynator wyjaśnił mi, że nowotwór jest bardzo duży, przechodzi od nerwu twarzowego przez łuk aorty aż do nerwu błędnego. W trakcie operacji pobrano Martusi materiał doi kolejnej histopatologii. Lekarz powiedział, że musi wiedzieć z czym ma do czynienia. Znów czekaliśmy na wyniki. Od nich zależało, jak potoczą się losy mojego dziecka. Po tej narkozie córka czuła się bardzo źle fizycznie i psychicznie. Przerażało ją cięcie za uchem i przed, aż pod brodę. Martusia miała dość szpitali, zabiegów. Płakała, że chce wrócić do domku a ja nie mogłam jej zabrać… W kaplicy Matki Bożej szukałam siły do dalszej walki o zdrowie córki. Po kilku dniach sytuacja się trochę ustabilizowała. Obrzęk zmniejszył się i wyjęto córce dren. Zostało 2 tygodnie do świąt Bożego Narodzenia. Nadal nie było wyniku histopatologii. Częsty kontakt z siostrami z Ełku, ich modlitewne wsparcie pomagały mi czekać.

Wreszcie nadszedł dzień wypisu do domu, gdzie dalej mieliśmy czekać na wynik. Cieszyłam się, że wracamy do domu, ale byłam też pełna niepokoju, co będzie dalej… Gdy zadzwonił telefon ze szpitala czułam, że nie są to dobre wiadomości. Poproszono nas do szpitala na konsultacje. Był dzień przed wigilią Bożego Narodzenia. Pojechaliśmy do Bydgoszczy na spotkanie z Ordynatorem. Lekarz omówił nam sytuację Marty. Powiedział, że jest wynik histopatologii, to nowotwór niezłośliwy – nerwiak bardzo rozbudowany. Według niego jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że wniknął do nerwu błędnego a wtedy może go uszkodzić, co grozi strasznymi konsekwencjami. Gdy słuchałam, tych medycznych terminów myślałam, że to nie może być prawda. To niemożliwe, aby moje sprawne i mądre dziecko miało wszystko stracić. Ordynator powiedział nam, że próbuje zorganizować zespół lekarski do przeprowadzenia operacji usunięcia nowotworu. Wyznaczył nam termin na 2 stycznia 2014 roku. Gdy wyszliśmy ze szpitala nie mogłam się uspokoić, podobnie i mąż. Przyszła mi natychmiast myśl, że Martusia musi przyjąć sakrament chorych. Wróciliśmy Do domu, przecież były prawie już Święta. To był bardzo trudny czas dla naszej rodziny. Bardzo się baliśmy o nasza córkę. Starsza córka Sarunia bardzo przeżywała chorobę siostry. Rodzina, przyjaciele, bliscy wspierali nas modlitwą. Tak minął czas świąt. 31 grudnia 2013 roku poszliśmy całą rodziną do kościoła. Modliliśmy się o zdrowie i pomyślną operację. Martusia przed obrazem Matki Bożej Nieustającej Pomocy przyjęła sakrament namaszczenia chorych. Poleciłam opiece Matki Bożej moje dziecko.

W Nowy Rok o 5.00 rano wyjechaliśmy do szpitala w Bydgoszczy. W milczeniu pokonywaliśmy kolejne kilometry. Poszliśmy do kapicy, akurat trwała msza św. Wszyscy przyjęliśmy komunię Świętą. Weszliśmy na oddział.

Zaczęto Martusię przygotowywać do bardzo długiej operacji. Najpierw wykonano jej szczegółowe badania EKG i wkucie centrale. Córka źle znosiła kolejne zabiegi i przygotowania. Nadeszła noc. Dla mnie była bardzo długa, bo nie mogłam spać. Modliłam się, aby wreszcie to wszystko się skończyło.

O 7.00 Martusia zjechała na blok operacyjny. Lekarz powiedział nam, że operacja będzie trwała około 15 h. Ordynator anestezjologii pani doktor podał mi jeszcze dokumenty do podpisania zgody, gdyż operacja stanowi silne zagrożenie życia. Wraz z mężem przeżegnałam córkę i włożyłam jej pod poduszkę obrazek z relikwiami Ojca Świętego Jana Pawła II. Pielęgniarka obiecała, że przełoży obrazek na stół operacyjny. Gdy na bloku przejęli Martusię do operacji, to postanowiliśmy z mężem pójść do kaplicy. Wysłałam jeszcze SMS do sióstr „Niech Bóg pomoże Martusi…” Razem modliliśmy się do Matki Bożej o jej opiekę nad naszym dzieckiem. Później o kilka godzin zadzwoniła do mnie siostra Karmelitanka z pytaniem, czy nadal trwa operacja. Odpowiedziałam, że tak. Powiedziała mi, żę wszystkie siostry modlą się gorąco za moje dziecko. Później dowiedziałam się, że pomimo zimy, gdy siostry się modliły powstała przepiękna tęcza. Wreszcie operacja się skończyła. Pielęgniarki poinformowały nas o tym, więc udaliśmy się pod blok operacyjny. Córkę przewieziono na intensywną terapię. Wprowadzono ją w śpiączkę, aby zregenerowała siły po ponad 15-godzinnej operacji. Teraz trzeba było czekać. Ordynator powiedział, że operacja się udała, ale czy nie uszkodził się nerw błędny okaże się po wybudzeniu Marty. Czekaliśmy 24 h, aby poznać prawdę. Dzięki Bogu, gdy wróciła do córki przytomność ordynator stwierdził, że jest bardzo dobrze. Nerw nie został uszkodzony ani nawet podrażniony. Myślę, że to cud. Dawano córce tylko 10% szansy powrotu do normalnego życia. Po operacji ordynator powiedział mi, że podobna operację przeprowadzono w Szczecinie, udała się lecz chłopiec się nie wybudził.

Z perspektywy czasu, gdy wracam myślami do tamtych chwil (minął rok) wiem, że wytrwaliśmy ponieważ prosiliśmy o wsparcie Matkę Bożą. Pomimo bólu i cierpienia trwaliśmy razem z Nią modląc się z wieloma osobami o zdrowie Marty. Dziękuję Wszystkim ludziom, którzy nas wtedy modlitewnie wspierali.

Jeśli któryś utwór poruszył Twoje serce - zapraszamy do podzielenia się świadectwem ...

Można je wysłać przy pomocy tego formularza
lub bezpośrednio, na adres: nadziejapielgrzymujaca@karmel.elk.pl.

 

Prosimy o zaznaczenie, czy wyrażasz zgodę na publikację świadectwa na tej stronie
- czy też ma pozostać tylko do naszej wiadomości.